07 Wrz '14

Wiza, podróż, robaki… i inne khmerskie przysmaki

Opowiem Wam o mojej, krótkiej podróży za granicę.

Dwa miesiące temu, kiedy przylecieliśmy do Kambodży mieliśmy  dwie opcje wyboru wizy. Pierwsza to wiza turystyczna, która kosztuje 20$, jest na miesiąc i można ją przedłużyć na miejscu, na kolejne 30 dni. Druga to wiza biznesowa, której cena to 25$ i można dzięki niej przebywać na terytorium Kambodży miesiąc, a następnie przedłużyć ją w jednej z tutejszych agencji nawet o rok bez konieczności wyjeżdżania z kraju. I taką właśnie wizę wybrała Cela, a mi strzeliło coś do głowy żeby wybrać wizę turystyczną. W związku z tym, zbliżał się termin do kiedy mogłem bezkarnie cieszyć się urokami Kambodży (za każdy dzień bez ważnej wizy trzeba słono płacić przy wyjeździe z kraju). Postanowiłem, że pojadę do granicy z Tajlandią i tam wyrobię sobie nowiutką wizę biznes. Kilka dni przed zaplanowaną podróżą, odezwał się do mnie Marcin – kolega, który mieszka w Siem Reap (miasto na północy Kambodży znane z niezwykłej świątyni Angkor Wat). Powiedział, że będzie w Phnom Penh wraz z dziewczyną i możemy wspólnie wybrać się do niego, a stamtąd pojadę już do Tajlandii. Jest to jedna z tych propozycji nie do odrzucenia – krótkie wakacje, czemu nie?!

W czwartek po godzinie 16:00 wyruszyliśmy busem na północ, w kierunku Siem Reap. Lecz chwilę przed odjazdem mieliśmy niemiłą przygodę, z panem khmerem, któremu Marcin, niechcący usiadł na dokumenty czekając na busa. Pan tym faktem tak się rozzłościł, że zaczął wykrzykiwać, że ma broń i nie zawaha się jej użyć. Na szczęście skończyło się na przepychankach, wspólnych przeprosinach, dzięki czemu nikt nie ucierpiał. Droga z Phnom Penh na północ zaczęła się w deszczu jakie zdarzają się tylko w tych rejonach świata – gęsty, silny, gdzie widoczność ograniczona jest do kilku metrów. Nawierzchnia z asfaltowej i dość równej zmieniała się z każdym kilometrem na szutrowo-glinianą z dziurami jak w szwajcarskim serze. Jadąc po nierównej drodze podskakiwaliśmy w busie, dając efekt fali meksykańskiej. Uświadomiłem sobie tym samym, że w Polsce mamy bardzo dobre drogi i już nigdy złego słowa o nich nie powiem. Po 3h jazdy zrobiło się całkowicie ciemno i nastała noc. Do celu dotarliśmy ok godziny 22:00.

Autobus do granicy z Tajlandią miałem o godz 8:00. Wstałem więc przed 7:00, kupiłem bilet i w strugach deszczu przy zalanych ulicach, tuk tukiem dojechałem na przystanek, z którego odchodził autobus. Droga do granicy minęła błyskawicznie. Trzy godziny z przerwą na kawę z lodem i już byłem bliski załatwienia nowej wizy – tak mi się przynajmniej wydawało. Zaczęło się od kolejki do „wymeldowania” z Kambodży. Pół godziny i byłem na ziemi niczyjej ponieważ, pomiędzy państwami znajduje się strefa wolnocłowa, z kasynami i jeszcze tańszym alkoholem (bo w Kambodży wszelkie trunki są bardzo niskich cenach). Chciałem nieco oszukać system i postanowiłem od razu starać się o wizę w urzędzie imigracyjnym Kambodży. Szybko postawiono mnie do pionu, kiedy celnik zapytał skąd wracam bo chyba nie z Tajlandii (nie miałem pieczątki, że byłem tego samego dnia w Tajlandii). Powiedziałem, że z Kambodży i skierował mnie w kierunku wyjścia. Czekało mnie teraz ponad 2h stanie w kolejce. Zdobyłem upragnioną pieczątkę i znalazłem się na Tajskiej ziemi. Pierwsze kroki skierowałem w kierunku restauracji. Zamówiłem pad thai, który okazał się najgorszym jaki jadłem, ale też najtańszym.

przed pad thaiem - jeszcze szczęśliwy

przed pad thaiem – jeszcze szczęśliwy

pad thai z drugiego sortu

pad thai z drugiego sortu

Po takim rozczarowaniu postanowiłem, że czas wracać do Kambodży. Tutaj poszło już zdecydowanie lepiej. Dziesięć minut – czas „wymeldowania” z Tajlandii. Kilkadziesiąt kroków po ziemi niczyjej i znowu stanąłem na przeciwko panom celnikom. Złożyłem niezbędne dokumenty i paszport. Pozostało mi tylko zapłacić 25$ za wizę. Ku mojemu zdziwieniu celnik otworzył mały zeszyt, w którym dużymi cyframi napisane było, że mam zapłacić 20$ i 800bath (80zł) lub 30$ i 100bath (10zł). Zapytałem, skąd te ceny? Na co celnik poinformował, mnie że jeśli nie mam pisma od pracodawcy, że mam zapewnioną pracę w Kambodży muszę zapłacić coś jeszcze. Co jest oczywiście kompletną bzdurą. Chodziło wyłącznie o wzięcie w łapę. Wyciągnąłem więc telefon i powiedziałem, że możemy zadzwonić do mojego pracodawcy i wszystko mu wyjaśni. Oczywiście pomyślałem, że zadzwonię do Celi, która powie że jestem zatrudniony np jako nauczyciel. Celnik jednak szybko się wycofał ze swojego niecnego planu i powiedział, że w porządku 25$ wystarczy. Jeszcze kilka minut, w kolejnej budce. Kilka pieczątek, druczek do wypełnienia i mogłem wracać z nową wizą.

Khmerscy celnicy na służbie

Khmerscy celnicy na służbie

kolejny stempel w paszporcie

kolejny stempel w paszporcie

imitacja Angkor Wat na bramie wjazdowej do Królestwa Kambodży

imitacja Angkor Wat na bramie wjazdowej do Królestwa Kambodży

3

Po przejściu na stroną Kambodżańską dopadło mnie ok piętnastu miejscowych, proponując podwózkę autobusem, busem i samochodem do Siem Reap. Ceny zaczęły się od 15$ (za poranny bilet zapłaciłem 5$).  I idąc tak  kilkanaście metrów, tuż przede mną zatrzymał się sympatyczny khmer osobową toyotą i zapytał czy jadę do Siem? Cena 7$. Pomyślałem, że nie chce mi się już chodzić i szukać najlepszych połączeń w mieście, którego nie znam więc skorzystałem, tym bardziej że cena również była przyzwoita. Wraz z nami podróżowała turystka z Korei Południowej oraz khmerska dziewczyna, wioząca owoce jako prezent dla swojej siostry na wieś, która wyszła właśnie za mąż. Zjechaliśmy z drogi aby wysadzić naszą pasażerkę w małej wiosce. Kiedy zatrzymaliśmy się przy małym domku na palach od razu wyskoczyły dzieci krzycząc „hello”! Kierowca toyoty, opowiadał, że kiedy przychodzi wieczór w wiosce robi się kompletnie ciemno ponieważ wyłączana jest elektryczność.

owoce dla siostry jednej z pasażerek

owoce dla siostry jednej z pasażerek

11 128

ulica w jednej z wsi przez, którą przejeżdżaliśmy

ulica w jednej z wsi przez, którą przejeżdżaliśmy

tradycyjny khmerski dom na wsi

tradycyjny khmerski dom na wsi

13

Po krótkiej przerwie wyruszyliśmy dalej w trasę. Po 2h jazdy, dobrą i prostą drogą znaleźliśmy się w Sieam Reap. Wieczór spędziłem z Marcinem i jego dziewczyną. Nie zdążyłem obejrzeć miasta ponieważ było już dość późno i ciemno, a i zmęczenie też dało się w znaki. Na pewno odwiedzimy to miejsce nie raz, choćby dlatego, że mamy tam kogo odwiedzać, ale również chcemy zobaczyć słynne Ankor Wat z jego pozostałymi świątyniami.

Następnego dnia wsiadłem w autobus o godz 9:00, który miał zawieść mnie prosto do Phnom Penh. Siedmiogodzinna droga minęła błyskawicznie. W autobusowym telewizorze puszczano filmy produkcji z Hong Kongu z potrójnym dubbingiem i dźwiękami, przy których nie można było zasnąć. Ale za to za oknem widok był niesamowity. Od domków na palach porozrzucanych na wodnistych terenach, po nieskończone pola ryżowe do przydrożnych miejscowości całkowicie pokrytych czerwonym kurzem.

domy na wodzie

domy na wodzie

zalane pola ryżowe przy drodze międzynarodowej

zalane pola ryżowe przy drodze międzynarodowej

32 31 30

domy na palach

domy na palach

22 21

przydrożne domy

przydrożne domy

19 18 25 24

krowy na środku drogi

krowy na środku drogi

15 14

mama razem z dzieckiem sprzedają smażone banany

mama razem z dzieckiem sprzedają smażone banany

16

smażone ślimaki na głowie pani sprzedającej

smażone ślimaki na głowie pani sprzedającej

Autobus robił przystanki po drodze, gdzie można było kupić tarantule smażone w głębokim tłuszczu, pieczone karaluchy, koniki polne czy grube tłuste robaki (jeszcze się nie skusiłem na te rarytasy, ale niebawem zrobię specjalnie dla Was smakowy test tych smakołyków).

przydrożne smakołyki

przydrożne smakołyki

pieczone karaluchy

pieczone karaluchy

smażone tarantule

smażone tarantule

Po godzinie 16:00 byłem już na central market w Phnom Penh. Teraz mogę powiedzieć śmiało – lubię wyjeżdżać za granicę ale lubię też wracać… za granicę 🙂

Radek