16 Wrz '14

Weekend najlepiej smakuje na motocyklu

To był bardzo udany weekend. A wszystko zaczęło się w sobotni poranek, kiedy postanowiliśmy wypożyczyć motocykl i aktywnie skorzystać z kilku wolnych dni (Cela wzięła sobie jeszcze wolny poniedziałek). Plan był prosty – jedziemy na południe Kambodży. Mapa mówiła, że możemy trafić na ciekawe miejsca. Zaczerpnęliśmy jeszcze informacji od naszego sąsiada Buna – który jest khmerskim przewodnikiem po Kambodży – na temat tego co możemy spotkać po drodze. Zapowiadało się ciekawie. Pierwsze „kroki” wypożyczoną Hondą skierowaliśmy do knajpki wegetariańskiej w Phnom Penh, aby posilić się zdrowo przed podróżą i ustalić drogę wyjazdową z miasta.

 

11

Podróż zaczęliśmy od zgubienia się w mieście i krążenia w kółko ok 30min, ale po tym poszło już gładko. Drogą nr 2 podążaliśmy w kierunku Tonle Bati. Było nie najgorzej. Asfaltową, w miarę dobrą drogą (jak na kambodżańskie warunki) poruszaliśmy się z prędkością nie większą niż 60km/h mijając przy tym malutkie miejscowości i innych motocyklistów. A sami nie raz byliśmy „zdmuchiwani” przez wyprzedzające nas ciężarówki wypchane czym się tylko da. Od piachu przez zwierzęta, owoce do ludzi.

55 54 53 52 51 50

Pierwszym przystanek zrobiliśmy, aby napić się kokosa. Ponieważ prowadząc motocykl w temperaturze ponad 30C, ciało odwadnia się błyskawicznie. Zatrzymaliśmy się przy pierwszej lepszej przydrożnej budce. Właścicielką okazała się bardzo miła kobietą, która nie tylko tam pracowała ale i mieszkała. Za półką z produktami takimi jak puszki coca-coli, chipsami bananowymi i cukierkami znajdował się pokój z łóżkiem i telewizor. Po lewej stronie już w części sklepu umiejscowiona była kuchnia, w której obiad przyrządzała 8-letnia dziewczynka, w czasie gdy jej starsza siostra szykowała się do szkoły. Popijając zimnego kokosa obserwowaliśmy jak żyje miejscowa rodzina. Chciałoby się o coś zapytać, porozmawiać, ale z naszą znajomością khmerskiego pozostało nam się jedynie uśmiechać z odwzajemnieniem.

Sklep, knajpa, dom - wszystko w jednym

Sklep, knajpa, dom – wszystko w jednym

Dziewczynka idąca do szkoły

Dziewczynka idąca do szkoły

Schowana córka właścicielki przyrządzająca obiad

Schowana córka właścicielki przyrządzająca obiad

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej i po przejechaniu 20km zobaczyliśmy znak kierujący do świątyni Tonle Bati. Poruszając się już teraz tylko szutrową drogą znaną jedynie miłośnikom westernów i rajdu Dakar dotarliśmy do świątyni usytuowanej nad jeziorem o tej samej nazwie. Świątynia pochodziła z XII wieku n.e. i było widać, że nie pozostało jej już zbyt wiele czasu, ponieważ skała osadowa z jakiej jest zbudowana koroduje bardzo szybko. Na wstępie przywitała nas grupka dzieci, oferując kadzidła i świece za jednego dolara. Nie odpuściły dopóki nie kupiliśmy choć jednej rzeczy. W świątynnych zakamarkach ukrywały się mniszki, opiekujące się całym kompleksem, a mające swoją „nową” świątynie kilkadziesiąt metrów dalej.

Świątynia Tonle Bati

Świątynia Tonle Bati

2426

Modląca się mniszka

Modląca się mniszka

Zakamarki niczym z Indiana Johnes

Zakamarki niczym z Indiana Johnes

29

Leżący Budda

Leżący Budda

Mniszka schowana przed słońcem

Mniszka schowana przed słońcem

32 33 34 35Po zrobieniu kilku zdjęć i odpoczynku na ławce przeszliśmy się, aby zobaczyć jak żyją owe mniszki. Na terenie klasztoru znajdowało się kilka budynków, posągi Buddy i świątynie. Weszliśmy do jednej z nich, w której część mniszek modliło się, inne spały, a między nimi bawiły się dzieci mieszkające w klasztorze.

36 42

W czasie gdy Cela medytowała ja układałem z dzieciakami puzzle

W czasie gdy Cela medytowała ja układałem z dzieciakami puzzle

Dzieci żyjące przy klasztorze

Dzieci żyjące przy klasztorze

39 38 37

Po ponad godzinnym odpoczynku postanowiliśmy ruszyć dalej. Po drodze mijaliśmy chatki na wodze, w których podczas weekendu odpoczywają Khmerzy. Jedząc, pijąc i leżąc na hamakach – tak spędzają wolny czas wraz z rodziną. Dalej można było zobaczyć typowe khmerskie domy. Drewniane, na czterech nogach, usytuowane wysoko ponad 3m nad ziemią. Bardzo skromne ale posiadające niezwykły urok.

44

Owocowa łódka

Owocowa łódka

48

Typowy weekendowy domek na wodzie

Typowy weekendowy domek na wodzie

20

Wszelkie wygody w środku czyli hamak i dobry widok

Wszelkie wygody w środku czyli hamak i dobry widok

Kobiety sprzedające jedzenie przy jeziorze

Kobiety sprzedające jedzenie przy jeziorze

15 16 17
Dalej mapa wskazywała ciekawe miejsce oddalone o 30km – samotna góra Phnom Chiso ze świątynią na szczycie. Bun wspominał nam, że jeśli porozmawiamy z mnichami, którzy tam mieszkają, to pozwolą nam przenocować. Po drodze dopadła nas ulewa, przed którą schowaliśmy się pod blaszaną halą. W środku okazało się, że można napić się kawy, zjeść obiad i nawet pojeździć na desce. Wybraliśmy tylko kawę…

58 57 59
Zanim dojechaliśmy pod górę Chiso, zgubiliśmy się kilka razy. Droga robiła się co raz bardziej szutrowa przechodząc w ekstremalnie dziurawą. W między czasie zatrzymywaliśmy się, aby zjeść coś, czego pochodzenia do tej pory nie mogę ustalić. Ale udało się, dotarliśmy pod samotną górę, która sterczała ponad równymi jak stół polami ryżu i niekończącym się horyzontem. Na szczyt prowadziła niezliczona ilość schodów, na których złapały nas khmerskie dziewczyny prosząc o zdjęcie – niczym na początku lat 90′ w Polsce, gdy spotkało się czarnoskórego na ulicy. Kto z nas nie podszedł i nie poprosił o wspólne zdjęcie?! 🙂

496264 65
Kiedy weszliśmy na szczyt, wydawało się, że miejsce jest opuszczone i nikogo w nim nie ma. Lecz im bardziej zbliżaliśmy się do świątyni, tym co raz głośniej słychać było dziecięce głosy. I po pewnym czasie okazało się, że właśnie odbywa się święto, na które przyjechały całe rodziny z dziećmi. W klasztorze mieszkało czternastu młody mnichów – chłopcy w wieku 8 – 14 lat. A cały kompleks klasztorny składał się z budynku, w którym mieszkali mnisi, starej (XI-wiecznej) i nowej świątyni oraz z culture hall – miejscu, gdzie część osób modliła się, jadła i spała. Widok z góry ukazywał piękno i prostotę Kambodży. Pomiędzy polami ryżu wyłaniały się małe świątynie, a świat wydawał się płaski jak za czasów przed kopernikowskich. Byliśmy jedynymi ludźmi z poza Kambodży w tym czasie czym wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie. Wieczór spędziliśmy na rozkoszowaniu się zachodem słońca, a następnie poszukiwaniem informacji o możliwości noclegu w klasztorze. Tak jak myśleliśmy, nie był by to problem w normalny dzień, lecz w czasie święta ze względu na dużą ilość osób miejsca też były ograniczone. Nikt nam tego nie zasugerował, lecz patrząc na ponad 60 osób na jednej sali, leżących jeden obok drugiego, z zarezerwowanymi przez rodzinę miejscami – wydawało nam się, że dla nas nie starczy już miejsca. Stwierdziliśmy, że skoro znamy już drogę to w przyszłości na pewno przyjedziemy tutaj odetchnąć świeżym powietrzem i spędzić noc w niezwykłej atmosferze… lecz omijając buddyjskie święta.

Niekończący się horyzont Kambodży

Niekończący się horyzont Kambodży

66 75 74 73 72 71 70 68 6769
Postanowiliśmy poszukać jakiegoś noclegu. Było już ciemno, a telefon wskazywał godzinę 19:00. Przypomnę, jesteśmy w Kambodży – latarnie na ulicach to luksus dużych miast. Wskoczyliśmy na motocykl i ruszyliśmy w poszukiwaniu najbliższego noclegu. Po półgodzinnej jeździe dotarliśmy do małej miejscowości, w której dowiedzieliśmy się, że najbliższy nocleg jest w Takeo – miejscowości oddalonej o ok. 25km na południe. Nie mieliśmy wyjścia. Byliśmy zmęczeni i brudni. Motocykl mógł jechać tylko na długich światłach albo bez świateł. Wybraliśmy światła, otrzymując w zamian od mijających nas samochodów i ciężarówek zwielokrotnioną wiązką po oczach. Droga co prawda była asfaltowa, ale z pęknięciami jak po trzęsieniu ziemi co powodowało, że motocykl  (a my razem z nim) podskakiwał jak na rodeo. Liczyłem po cichu, że nie pęknie nam opona i silnik nagle nie odmówi posłuszeństwa. I z tą nadzieją dotarliśmy do guesthousu w Takeo. Nie pozostało nam nic innego jak spłukać z siebie kilkucentymetrową warstwę pyłu i piachu oraz napić się zasłużonego piwa, planując przy mapie kolejną trasę.


Plan na następny dzień odsunęliśmy do czasu porannej kawy… i to był dobry pomysł bo pijąc czarną jak smoła kawę, w małej khmerskiej knajpce spotkaliśmy francuza, który swoją propozycją zaskoczył nas kompletnie…
CDN w czwartek 🙂