12 Maj '14

Latać, pływać, jeździć, chodzić, czyli cztery kroki do Tajlandii

Udało się wreszcie spokojnie usiąść i napisać co u nas. Jesteśmy w Tajlandii. A zaczęło się to tak…

W zeszłą środę (7.05) zrobiliśmy kanapki z awokado i godz. 18:00 wyruszyliśmy na lotnisko, skąd mieliśmy mieć lot do Kuala Lumpur o godz. 21:40. Lot nieco się opóźnił ale po 22:00 siedzieliśmy już na pokładzie Air Asia i kierowaliśmy się na północny-zachód. Do stolicy Malezji dolecieliśmy przed godziną 1:00 w nocy i od razu zaczęliśmy się rozglądać za miejscem do spania, ponieważ następny lot był dopiero o 10:40. Najlepsze miejscówki były już zajęte (ludzie kładli się spać, na każdej wolnej przestrzeni przy ścianach),  ale znaleźliśmy kawałek podłogi pomiędzy chłopakami z Indii, a miejscem odpraw. Oparci o plecaki zasnęliśmy jak dzieci. Sześć godzin później, wyspani odprawiliśmy się i czekając na samolot sączyliśmy powoli pyszną kawę – w podróży kawa ma niesamowity smak i to nie ważne, gdzie się jest. Lot do Surat Thani przebiegł błyskawicznie i po 1,5h lądowaliśmy na malutkim i prowizorycznym lotnisku. Do Tajlandii wzięliśmy kilkadziesiąt dolarów z myślą, że wymienimy je na lotnisku – jak się okazało, myliliśmy się 🙂 Na lotnisku nie było kantoru, a musieliśmy przedostać się na prom, do którego było ok 60km, a autobus na przystań właśnie odjeżdżał. Nikt nie chciał wymienić dolarów na baty i pozostało nam wybranie pieniędzy z bankomatu – niby prosta rzecz, ale nie w Tajlandii 🙂 Po kilkukrotnym wpisaniu nr konta i kwoty, bankomat wypluwał kartę, niestety bez pieniędzy. W trakcie kiedy odjeżdżał nasz autobus, Cela próbowała przez telefon ustalić co dzieje się z bankomatem. Po półgodzinnej przeprawie z tajską bankowością, okazało się, że wszystko jest w porządku i jakimś cudem drugi bankomat, po włożeniu karty wypłacił nam tysiąc batów – na autobus i prom. Po dwóch godzinach wsiedliśmy do autobusu, którym w ok 1.5h dojechaliśmy na przystań promową. Prom okazał się wysłużoną skorupą, która miała spełniać podstawowe zadania – nie zatonąć i dowieźć wszystkich na wyspę 🙂 Byliśmy już jakiś czas bez jedzenia i bez batów (wszystkie wydaliśmy na bilety). Była godzina 16:00, a rejs dopiero się zaczynał i mało się wrażenie, że nigdy się nie skończy. Mijaliśmy wyspy z nadzieją, że to Koh Phangan… i płynęliśmy dalej. Po godz. 19:00 zrobiło się ciemno, a na horyzoncie ukazały się światełka – tak to nasza wyspa! Ok 20:00 stanęliśmy na lądzie z nadzieją, że ktoś będzie na nas czekał… cdn.

1514 1312 11 10 98 7 6 5 4 3 12