25 Lip '14

Przystanek Kambodża

Od dwóch tygodni jesteśmy w stolicy Kambodży – Phnom Penh. Dopiero teraz dzielimy się szeroką tą informacją ponieważ, uwierzcie nam, wcześniej nie mieliśmy chwili, aby usiąść i napisać choćby jednego posta.

Do Kambodży sprowadziła nas propozycja jaką dostała Cela od Ani Majos, która prowadzi m.in bloga https://www.facebook.com/bycpoloznawkambodzy. Propozycją była praca w nowej klinice jako położna. Ania – która również jest położną, opuszczała to stanowisko pracy i szukała kogoś na swoje miejsce. Zbieg okoliczności, przypadek, a może przeznaczenie – tego nie wiemy. Wiemy tylko to, że jesteśmy w miejscu innym niż te, w których byliśmy dotychczas, a na jak długo? Kto to może wiedzieć! 🙂 (o pracy położnej w Kambodży to temat na osobnego posta)

Phnom Penh – to miasto, o którym nadal ciężko jest mówić pomimo, że jesteśmy tutaj ponad dwa tygodnie. Jest to miasto kontrastów. Z jednej strony poruszają się po drogach bardzo drogie samochody, a z drugiej biegają dzieci bez butów. W centrum wyrastają szklane wieżowce, a dookoła żyją ludzie w blaszanych domkach na dachach kamienic. Różnice są znaczne. Wystarczy przejść przez ulice, która stanowi granice dzielnic, aby znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Od kawiarni i sklepów znanych z europy do miejsc, gdzie griluje się wszystko (żaby, kurczaki czy kozy) i o każdej porze, a życie tętni do późnych godzin nocnych. Nie widać tu tabunów turystów. Co najwyżej ludzi, którzy zatrzymali się na jeden, dwa dni. Kambodża to była Francuzka kolonia, co widać na pierwszy rzut oka wychodząc na ulicę. Na każdym kroku kupić można bagietkę, w zwykłym sklepiku pod domem dostaniemy czerwone wino, a jeśli spotkamy cudzoziemca mieszkającego w Kambodży to na 90% jest to Francuz. Pod nami mieszka człowiek z Francji, który sprzedaje pyszne bagietki i szynki, a nasza współlokatorka również pochodzi z kraju byłego kolonizatora. Można więc śmiało nazwać Kambodżę małą Francją, ale czy elegancją? Na pewno nie. Mało, kto zwraca tu uwagę na śmieci. Plastikowe torebki potrafią być wszędzie. Ulice nierzadko zawalone są odpadkami z targu, a w powietrzy czuć zapach spalin. Jednak jest w tym miejscu coś co wzbudza ciekawość, każe odkrywać go i wchodzić do środka – to ludzie. Ludzie, którzy nadal pozostają dla nas zagadkowi. Od kierowców tuk tuka, którzy nie znają numerów dróg i adresów, przez ludzi sprzedających owoce na targu często podający sprzeczne ceny. Po dzieci, które biegają wszędzie, krzycząc „hello” z zawsze uśmiechniętymi buziami. Ludzie tu są intrygujący i prostolinijni ale przez to bardzo sympatyczni.
Jakiś czas temu wybraliśmy się na południe Kambodży odpocząć nieco od miasta. Naszym kierunkiem był Kampot – miejsce gdzie rośnie pieprz. Kto z nas nie słyszał w swoim życiu „uciekaj tam gdzie pieprz rośnie” – no to uciekliśmy. Sama droga do Kampotu była ciekawa ponieważ przejechaliśmy autobusem 170km w ok 6h. Po drodze pęka nam opona lecz kierowca nie przejął się tym specjalnie i przez godzinę podróżowaliśmy z nadzieją ze nic złego się nie wydarzy. Po drodze mijaliśmy busy wypełnione ludźmi, którzy nie mieszcząc się w środku jechali na dachach. Niesamowity krajobraz, zmieniający się z pól ryżowych na pola trzciny cukrowej, z niewielkimi wzniesieniami w tle. Kamopt to zupełnie spokojne miejsce. Usytuowane nad rzeką. Ciche i spokojne – troch większa wioska, gdzie jadąc rowerem często goni was pies lub będąc tam dłużej ma się wrażenie, że wszystkich się zna. Poznaliśmy tam również Natalię i Ignacio – bardzo przyjaznych i otwartych ludzi, którzy rozkręcają swój biznes w Kampocie (http://www.mysunchi.com/about-us/). Użyczyli nam swojego aparatu dzięki czemu możemy się z teraz z wami podzielić tym co nas spotkało w tym spokojnym i cichym miejscu. Myślimy, że Kampot będzie dla nas stałym miejscem do oderwania się od miejskiej dżungli. Choć Phnom Penh ma jeszcze jedną zaletę. Mianowicie taką, że stosunkowo blisko jest m.in do Bangkoku, Sajgonu, Angkor Wat, Laosu czy po prostu nad morze. Postaramy się to wykorzystać! 🙂

Obiecujemy pisać częściej, a gdy kupimy aparat to pokażemy wam to, o czym napisaliśmy. Tym czasem ja idę spać, gdy Cela właśnie jest w klinice i przyjmuje poród czyli każdy w swoim żywiole 🙂

Jeszcze jedno. Dzięki że nas śledzicie i o nas pamiętacie. Dostaliśmy dużo wiadomości z pytaniami co u nas bo zaglądacie na stronę, a tam pusto. Miło jest wiedzieć, że gdzieś tam, po drugiej stronie kuli ziemskiej myślicie czasem o nas. Wielkie dzięki!

Największa przyjemność to pływanie na desce surfingowej z wiosłem

Największa przyjemność to pływanie na desce surfingowej z wiosłem

12 13 14 15

Z pomostu wchodziło się wprost do rzeki

Z pomostu wchodziło się wprost do rzeki

19 21

Surfing yoga

Surfing yoga

23 24 25 26 27

Natalia, Ignaci i Cela

Natalia, Ignaci i Cela

29 30 31 32

Droga nad rzekę

Droga nad rzekę

Nocleg w domku kosztował 6$

Nocleg w domku kosztował 6$

Nasz drewniany domek

Nasz drewniany domek

all inclusive

all inclusive

37 38

Teren bungalou

Teren bungalou

40