15 Maj '14

Przez żołądek do jogi… czyli, co możemy robić w Tajlandii

Co robimy w Tajlandii i skąd pomysł, żeby się przenieść?

Powód był bardzo prosty. Celi kończyła się wiza (opuściła Indonezję lecąc na Filipiny i tym samym straciła wizę social, na rzecz on-arrival, którą można przedłużyć tylko raz). Mieliśmy już wcześniej wykupiony bilet do Kuala Lumpur, a w obecnej chwili nic nas na Bali nie trzymało. Ja skończyłem robić projekty dla Kopernika, a Celi wypełniła kontrakt z Birth Institute. Nie pozostało nic innego jak zmienić na jakiś czas klimat i przenieść się w inne miejsce. Zarejestrowaliśmy się w serwisie workaway i wysłaliśmy wiadomości do ludzi poszukujących wolontariuszy, w różnych miejscach w Azji. W zamian wolontariusz otrzymuje dach nad głową i jedzenie. W naszym przypadku los wybrał małą wyspę w Tajlandii, a w niej szkołę jogi i restaurację. Na naszą wiadomość odpowiedziała Linda, która jest menadżerem – wolontariuszem owej szkoły. Zaproponowała nam pracę na kuchni, a w zamian wspomniany wcześniej nocleg, jedzenie oraz wszelkie zajęcia w szkole za darmo plus, ciekawe warsztaty. Postanowiliśmy spróbować swoich sił, pracując razem w kuchni. Dla Celi było to jak wyzwanie, ponieważ nigdy nie miała doświadczenia w kuchni, poza jej własną 🙂 Ale równie ważna była możliwość uczestnictwa w warsztatach i codziennej praktyce jogi. Dla mnie, praca w kuchni i to w Tajlandii brzmiała jak „stairway to heaven” Zeppelinów czyli znakomicie 🙂

Dalsza część opowieści.

Po wyjściu z promu na plac, który początkowo był pełen motorków, opustoszał w przeciągu kilku minut. Zostaliśmy na nim my, oraz wcześniej poznana Portugalka. Płynąc śmialiśmy się co by było, gdyby nikt się po nas nie zjawił – czyżby proroczo? Mijały minuty, a my dalej staliśmy na środku placu wypatrując kogoś, kto wyglądałby jak by czekał na nas. Po chwili po znajomą Portugalkę przyjechał chłopak. Celi wpadła na pomysł, aby zadzwonić od niego do Lindy, gdyż podała nam wcześniej swój numer. Udało się dodzwonić i dostaliśmy informację, że już ktoś po nas jedzie! Po 5 minutach podjechał czerwony motorek, a na nim wesoły Francuz w Adam wraz z koleżanką z Urugwaju, Sophią. Adam wziął część bagaży i podjechał z nimi na „Night Market” – czyli nocny targ z jedzeniem. Byliśmy tak głodni, że trafiając w takie miejsce dostaliśmy zawrotu głowy (o targu jeszcze będziemy pisać). Po szybkiej kolacji, podjechaliśmy taksówką – czyli pickupem z paką, oczywiście jechaliśmy na pace – do naszego nowego domu. Domek, to mały bungalow, w którym mieści się łóżko (bardzo wygodne) i skromna łazienka. Na zewnątrz jest równie mały taras z hamakiem i najważniejsze, widok na morze, do którego jest raptem 10 metrów.

Następnego dnia już po godzinie 7:00 poszliśmy zobaczyć nasze nowe miejsce pracy. Samma karuna – bo tak nazywa się szkoła jogi – to drewniany budynek typowy dla szkół jogi. Na dole znajduje się recepcja oraz restauracja. Za budynkiem duża, zadaszona przestrzeń do praktykowania jogi, a na pierwszym piętrze miejsce do medytacji, szkoleń i wyświetlania filmów. O tym, co dokładnie robi się w Samma Karunie, opowie Wam Cela w kolejnych postach. Jak się okazało na miejscu, restauracja, w której mieliśmy pracować, nie nadawała się kompletnie do wydania choćby najprostszego dania. A naszym zadaniem stało się rozkręcić ją od zera. Zrobiliśmy więc kuchenną rewolucję – Tym razem obeszło się bez Magdy Gessler 🙂 O tym jak nam idzie czytajcie w kolejnych postach, a dzieje się… 🙂

13 12 11 1012345 8 7 69