09 Mar '14

Poranny zapach Bali

Zauważyłem dzisiaj coś niesamowitego, czego wcześniej nie widziałem.

Udało mi się wstać przed 7, więc to idealna pora, żeby skoczyć na targ. Poranki bywają chłodne, kiedy wstaje słońce i jest ok 20C. Tak, wiem to wcale nie jest chłodno, lecz na skuterze różnice pomiędzy porankiem, a popołudniem czuć na własnej skórze.

Kiedy mijam kolejne, ulice, domy, widzę ludzi przy swoich codzienny sprawach. Ktoś zamiata podwórko, kobiety jadą do świątyń z darami lub składają je przed domami, niektórzy siedzą na murku i leniwie palą papierosa. Nikt się nie spieszy, nawet skutery rano jeżdżą jakby wolniej. Poranne słońce jest bardzo ostre, a niebo często bezchmurne. Dostrzec można wtedy potężny wulkan Mount Agung.  Kiedy dojeżdżam do targu, z daleka widzę uśmiechniętą twarz pani sprzedawczyni, u której zawsze kupuję świeże warzywa. Krótka pogawędka po angielsko-balijsku i w tym czasie zapełnia mi się siatka pomidorami, bakłażanami czy fasolą. Mam wrażenie, że wszystko to trwa w zwolnionym tempie – no bo po co tu się spieszyć? Nikt nie cmoka w kolejce, kiedy nie mogę znaleźć odpowiedniej sumy w portfelu. Nikt nie puka mnie koszykiem, żeby mnie pośpieszyć. Obserwuję ludzi dookoła, ktoś właśnie kończy jeść ryż, ktoś inny zaparza kawę czy skubie kwiaty z płatków do wielkiego kosza. Czas płynie wolno. Dostrzegam w tym prawdziwe oblicze Bali. Nie piękne plaże, słoneczną pogodę czy smaczne owoce, lecz ludzi. Ludzi których uśmiech jest naturalny, a ich serdeczność nie jest wymuszona jakąś korzyścią. Od 5 do 8 rano mam wrażenie, że na wyspie nie ma turystów, a Balijczycy żyją tak, jak żyło się przed przyjazdem ludzi z „zachodu”. Nie chcę przez to powiedzieć, że później zakładają maski, nie. Bo uśmiech z ich twarzy rzadko kiedy znika. Lecz kiedy turyści się budzą wyspa nieco zmienia swój charakter, no bo konsumpcjonizm dotarł i tu. Na szczęście dla większości Balijczyków jest on nadal na ostatnim miejscu po religii i rodzinie.