26 Sty '14

Lembongan ciąg dalszy…

Nasza wyprawa na wyspę Lembongan zaczęła się w czwartek skoro świt. Musieliśmy pojechać naszą Hondą Vario z Ubud do Sanur (ok 20 km), skąd odpływał o godz. 8:30 speedboat (łódka przewożąca ludzi z jednej wyspy na drugą). Nadciągające chmury zapowiadały początek atrakcji, a przygoda dopiero miała się rozpocząć… W połowie drogi do Sanur rozpętała się ogromna burza z potężnym deszczem. Miało się wrażenie, że grzmoty uderzają obok nas – przypomnę my cały czas na motorku. W czasie deszczu lub burzy ludzie zatrzymują się jedynie po to, aby z bagażnika swojego skutera wyciągnąć plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy – i my też taki mieliśmy! Wszystkie motorki jak jeden mąż zatrzymały się na poboczu i wszyscy wskoczyli w swoje kolorowe wdzianka. Czas nas gonił, a deszcz nie przestawał padać… Lecz w konsekwencji udało się! Dotarliśmy do miejsca, z którego wypływają łodzie. Kupiliśmy bilety, wskoczyliśmy do łodzi, a po intensywnej burzy zostały spore fale na oceanie, z którymi teraz miało nam przyjść się zmierzyć… Speeboat okazał się faktycznie szybką łodzią i po 30 min skacząc po falach dopłynęliśmy do wyspy Lombongan.

Na miejscu przywitała nas jasno turkusowa woda, biało piaszczysta plaża i… nieco zachmurzone niebo. Wyjście z łódki polegało na wskoczeniu do przeźroczystej wody i przejściu kilku metrów przez plaże. Stanęliśmy na lądzie będąc pewnymi, że idziemy szukać noclegu na najbliższą noc – czyli jak to być zagubionym…

Wybrzeże, na które dopłynęliśmy – mashroom –  na Lembongan różni się znacznie od tych znanych z europejskich kurortów w Hiszpanii czy Włoszech. Nie znajdziemy tutaj wielkich hoteli przy plaży, wykwintnych restauracji czy ekskluzywnych samochodów. Na wstępie przy plaży stoi kilku mężczyzn, którzy niedrogo wypożyczą skuter, jest jeden warung (restauracja), w której można zjeść za ok 3 zł bardzo dobry posiłek i jest dżungla…

Wyposażeni w ręczniki, kąpielówki i małą mapkę wyspy ofiarowaną przez pana sprzedającego bilety wyruszyliśmy w dżunglę, bo tak prowadziła nas mapa. Chcieliśmy trafić do wioski na wschodnim wybrzeżu i idąc lub kręcąc się w kółko (jak się później okazało) trafiliśmy na Dream Beach… chyba każdy tak sobie wyobraża wymarzoną plażę – skaliste urwiska po lewej i prawej stronie, po środku piaszczysta plaża z wlewającą się wielkimi falami przejrzystą wodą i może trzy osoby dookoła… pogoda jeszcze nie zachęcała do pozostania na plaży lecz postanowiliśmy wrócić tu jak tylko się przejaśni. W końcu po długiej tułaczce trafiliśmy do wioski przy morzu i dzięki napotkanemu człowiekowi udało się nam wynająć pokój przy oceanie za bagatela 13 zł/os 🙂 Pokój był skromny, ale miał najważniejszy i niezbędny atrybut – wiatrak przy suficie… no i widok z okna na ocean 🙂 Wraz ze znalezieniem mieszkania chmury mocno się rozrzedziły i wyszło upragnione słońce! Wynajęliśmy skuter za kilka rupii i wyruszyliśmy zdobywać wyspę. Zaczęliśmy tak jak to sobie obiecaliśmy od Dream Beach i wielkich fal, które na moment porwały Celę w ocean, ale i tak szybko ją zwróciły 🙂

BezNazwy_Panorama22

Jeździliśmy po wąskich dróżkach, na szczyt góry, na którą w razie tsunami mieszkańcy muszą uciekać… po drodze mijaliśmy niewielkie osady, w których mieszkańcy wyspy hodują kurczaki, świnie i krowy w zupełnie innych warunkach niż w Polsce. Przy oceanie i zatoce między wyspami zbierane są algi – jest to główny dochód mieszkańców wyspy. Po wyczerpujących przygodach na skuterku postanowiliśmy coś zjeść, ale nie byle co, bo czegoś takiego tam nie ma 😉 I niechcący wpadliśmy na przyjemny warung przy zatoce z widokiem na ocean, łódki do zbierania alg i wyspę Lembongang. Kolację przygotowało nam sympatyczne rodzeństwo, które smażąc makaron z owocami morza kłócili się bez przerwy. I tak rozkoszując zmysły zasiedzieliśmy się w małej knajpce aż do zachodu słońca, a powrót do naszego mieszkanka przez dżunglę na drugiej wyspie wzbudzał nie małe emocje. Na szczęście udało się dojechać bezpiecznie i zimnym prysznicu zasłużyliśmy na butelkę balijskiego piwa Bintang…

Co działo się następnego dnia o tym jutro… tym czasem chillout w kuchni bez okien… o naszej nowej chałupie niebawem bo jest czad 🙂