18 Wrz '14

Co powiedział francuz czyli część druga…

Część dalsza „Weekend najlepiej smakuje na motocyklu”
W niewielkim guesthousie obudziło nas poranne słońce, które wdzierało się do pokoju przez lukę w zasłonach. Zmęczenie jeszcze dawało się we znaki, ale głód również ponieważ ostatni posiłek spożywaliśmy 14h wcześniej. Nie pozostało nam nic innego jak znaleźć targ – przy targu zawsze można trafić na coś do jedzenia i lokalne knajpki. I tym razem nie zawiedliśmy się. No może Celina nieco, ponieważ wegetariańskie danie po khmersku znaczy ryż z gotowanymi warzywami – bez soli i przypraw. Dla osób preferujących mocne śniadania jest to raj bo jest w czym wybierać. Od wołowiny smażonej w przyprawach, po krewetki i ryby w młodym imbirze.

Warzywa z ryżem

Warzywa z ryżem

Ryż z wołowiną i rybą w imbirze

Ryż z wołowiną i rybą w imbirze

48

Jezioro, w którym oprócz ryb pływają krewetki

Jezioro, w którym oprócz ryb pływają krewetki

Krewetki w akwarium przy jednej z restauracji

Krewetki w akwarium przy jednej z restauracji

44

Po śniadaniu z widokiem na wielkie jezioro przyszedł czas na kawę. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy na maleńką restaurację, na której wejściu widniał napis: espresso, cappuccino – nazwa nasuwała na myśl, że tu możemy napić się pysznej kawy. W rzeczywistości była to tylko przynęta. W środku okazało się, że jest tylko khmerska kawa. Wielkością przypomina espresso, ale jest bardzo słodka z delikatnym orzechowym posmakiem.

4

Pijąc kawę przeglądaliśmy mapę w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy się zrelaksować i odpocząć. Nie byliśmy wymagający. Szukaliśmy po prostu natury i miejsca do spania. W pewnym momencie do knajpki weszło dwoje francuzów wraz żoną jednego z nich i dzieckiem na ręku. Uśmiechnęli się wszyscy serdecznie mijając nas po czym usiedli dwa stoliki dalej. W pewnym momencie nie mając sprecyzowanych planów Cela zapytała jednego z nich czy ma wiedzę na temat jakiegoś ciekawego miejsca, gdzie można spędzić noc i wypocząć. Po czym Francuz (tak go będziemy nazywać ponieważ nie mamy pojęcia jak się nazywał) łamaną angielszczyzną odpowiedział, że wie… w jego domu, który jest 50km na południowy-wschód od Takeo (czyli ponad 130km za Phnom Penh). Dodał jeszcze: „chcecie odpocząć? Nie ma sprawy, to idealne miejsce. Możecie się czuć tam jak u siebie. Nie żartuję. Ja zostaję w Takeo, a wy możecie tam jechać. To bardzo mała wioska. Zapraszam”. Pierwsza myśl była taka, że pewnie żartuje albo coś wymyśla bo raczył się na śniadanie chłodnym piwem Angkor. Lecz kiedy powtórzył propozycję po raz trzeci z pewną siebie miną stwierdziliśmy, że i tak nie mamy żadnego planu więc czemu nie skorzystać, najwyżej pojedziemy w inne miejsce. Zgodziliśmy się! Francuz poprosił o kawałek kartki aby dokładnie naszkicować nam drogę oraz podał swój numer telefonu. Miejscowość ta nie była zaznaczona na naszej mapie i wydawała się odległa od wszystkie, oprócz granicy z Wietnamem. Spakowaliśmy mapkę, wzięliśmy ostatni łyk słodkiej kawy i ruszyliśmy w nieznane słysząc na do widzenia „au revoir!” Jadąc w nieznanym kierunku, do miejsca, o którym nie mieliśmy pojęcia – mało tego – do domu człowieka, którego nawet nie znaliśmy imienia! Poruszaliśmy się asfaltową drogą nr 2 na południe Kambodży. Francuz tłumaczył nam, że po 20km przy trzech masztach mamy skręcić w mniejszą drogę tuż za targiem. Wszystko się zgadzało, były maszty i wąska szutrowa droga. Następnie mieliśmy szukać niebieskiego domku, aby skręcić przy nim kolejny raz. Jechaliśmy tak ponad 10km zbliżając się do granicy z Wietnamem wśród ryżowych pól, przy których pasterze paśli krowy i gęsi. Gdyby nie ryż, krajobraz zbliżony byłby do polskiego. Niekończące się łąki, a w oddali las… kolejna droga okazała się dróżką i była na tyle wąska, że mijanie motocykli stanowiło problem – na szczęście było ich tylko kilka. Nie raz musieliśmy zatrzymać się, aby ustąpić przejścia wołom lub krowom, które taranowały skutecznie przejazd.

49

Popularny środek transportu żywego inwentarzu

Popularny środek transportu żywego inwentarzu

Prosto tą drogą dojechać można do Wietnamu

Prosto tą drogą dojechać można do Wietnamu

Nie wszystkie krowy chodzą... niektóre jeżdżą

Nie wszystkie krowy chodzą… niektóre jeżdżą

Przystanek z zapytaniem o drogę

Przystanek z zapytaniem o drogę

Prawie jak w Polsce, gdyby nie... ryż

Prawie jak w Polsce, gdyby nie… ryż

13

droga r

Droga robiła się coraz węższa…

...i węższa

…i węższa

Poruszaliśmy się zgodnie z namalowaną przez Francuza mapą i po ponad godzinnej jeździe dotarliśmy do malutkiej miejscowości, w której zabudowa była typowo khmerska czyli drewniane domki na palach. Nie mieliśmy adresu i numeru domu. Na mapie był zaznaczony jedynie krzyżyk – niczym na mapie skarbów.

Typowe khmerskie domki na palach

Typowe khmerskie domki na palach

30

Jednak szybko odnaleźliśmy ten właściwy dom ponieważ jako jedyny w wiosce był murowany. Kiedy wjechaliśmy na podwórko przywitała nas szeroko uśmiechnięta khmerska dziewczynka, trzymająca w dłoniach klucz. Wyglądała jak by czekała na nas od dawna. Schodząc z motocykla, zobaczyliśmy, że obok małego domku tuż za palmami schowany jest o wiele większy dom. Dziewczynka otworzyła nam drzwi małego mieszkanka. Wyglądało na to, że spędzimy w nim najbliższą noc. W środku domku był jeden pokój z łóżkiem i zabawnymi obrazami na ścianach oraz łazienka. Po chwili do dziewczynki dołączyła druga, a za nią starsza lecz równie uśmiechnięta kobieta. Niestety tylko najmłodsza dziewczynka mówiła po angielsku i znała jedynie podstawowe zwroty.

25

Na środku podwórka wykopana byłą wielka studnia

Na środku podwórka wykopana byłą wielka studnia

Europa w środku Azji czyli dasz dom na najbliższą noc

Europa w środku Azji czyli dasz dom na najbliższą noc

28

Kiedy zostawiliśmy plecak i mapę w pokoju, Babcia (bo tak nazywaliśmy najstarszą kobietę) zaprowadziła nas do dużego domu. Wszystko to wydawało się być bardzo dziwne. Dom umeblowany był podobnie jak europejskie mieszkania, a na ścianach wisiały obrazy imitujące dzieła Picassa. Zachodziliśmy w głowę, co to za ludzie, skąd ten Francuz,… ale po czasie wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Po rozmowach i domysłach okazało się, że „znajomy” Francuz ożenił się z córką (którą spotkaliśmy w Takeo z dzieckiem na ręku) Babci i wybudował im duży dom, a drugi, mniejszy dla siebie i żony – jako domek do odwiedzin. Kiedy byliśmy w drodze, nasz „znajomy” zadzwonił do Babci informując, że przyjedziemy i będziemy nocować.

Dom Babci

Dom Babci

Kubizm w khmerskiej odsłonie

Kubizm w khmerskiej odsłonie

Pokój dziewczynek

Pokój dziewczynek

2223

Było już grubo po 15:00 i pomału zaczęliśmy robić się głodni. Niestety najbliższy targ i miejsce gdzie mogliśmy coś zjeść było oddalone o 20km. Po krótkiej rozmowie (z naszym khmerskim i ich angielskim rozmowy nie mogą trwać długo) z dziewczynkami zaproponowały, że zaprowadzą nas na owy targ. Jechaliśmy więc ponad pół godziny polami i szutrowymi drogami do nieco większej miejscowości, gdzie udało nam się dostać owoce i kluski ze szpinakiem oraz gęsim jajkiem. Wzięliśmy co trzeba na wynos i wróciliśmy z powrotem do domku na wsi.

Kluski ze szpinakiem i jajkiem... taką mamy nadzieję

Kluski ze szpinakiem i jajkiem… taką mamy nadzieję

Po obfitej uczcie postanowiliśmy przejść się po wiosce żeby zobaczyć jak żyją mieszkańcy. Część osób szykowała się do snu bo słońce pomału zaczynało zachodzić. O godz 19:00 jest już kompletnie ciemno, a na ulicach nie ma latarni. Przechadzając się wzbudzaliśmy niemałą sensację, w końcu biały człowiek w Kambodży w miejscu otoczonym polami i wodą to rzadkość. W oddali słychać było modły mnichów z pobliskiej świątyni i ludzi zmierzających w tamtym kierunku. Wszystko to tworzyło majestatyczny obraz Kambodży. Ryżowe pola i wyrastające z nich palmy na tle zachodzącego słońca, w miejscu gdzie wydawać by się mogło, zaczyna i kończy się świat – magia!

Tak, to właśnie my!

Tak, to właśnie my!

ludzie, zwierzęta, wszyscy mieszkają wspólnie

ludzie, zwierzęta, wszyscy mieszkają wspólnie ale i satelita też musi wisieć

Majestatyczny zachód słońca przy modlitwach mnichów słyszanych gdzieś w oddali

Majestatyczny zachód słońca przy modlitwach mnichów słyszanych gdzieś w oddali

3738
Wracając ze spaceru, już w kompletnej ciemności dostrzegliśmy „nasze” dziewczynki, które jak się okazało poszukiwały nas. Wróciliśmy więc razem, a po drodze dołączały do nas ich koleżanki po czym utworzyła się całkiem pokaźna grupa. Przed wejściem przywitała nas Babcia, krzycząc coś radośnie po khmersku. Przy naszym domku zobaczyliśmy syto nakryty stół. Leżały na nim talerze z rybą, smażonymi jajkami, zupą i cały garnek ryżu. Babcia przygotowała nam kolację czym kompletnie nas zaskoczyła. Nie dość, że dostaliśmy nocleg w tak pięknym miejscu, to jeszcze zostaliśmy uraczeni wielką khmerską kolacją. Czuliśmy się nieco skrępowani. Dziewczynki donosiły piwo i wodę, a jedna z nich na krześle piłą cięła lód aby schłodzić napoje w wiadrze.

Ryby, smażone jajka, zupa, sosy i ryż - pyszne!

Ryby, smażone jajka, zupa, sosy i ryż – pyszne!

42

Wieczór spędziliśmy, jedząc i rozmawiając – oczywiście każdy w swoim języku. Ciężko było zasnąć po takich niespodziankach jakie spotkały nas tego dnia. Ktoś zupełnie nieznajomy otwiera przed nami swój dom i robi to z prostej życzliwości.
Noc przebiegła szybko. Na zewnątrz było ciemno jak w jaskini, a słychać było jedynie ciszę. Wstaliśmy bardzo wcześnie bo nie chcieliśmy wracać do Phnom Penh w południowym upale. Odsłaniając okno Celina dostrzegła, że na stole stoją dwa kubki z kawą i cukierniczka – tak, Babcia nie powiedziała wieczorem ostatniego słowa. Kawa była ciepła, jak by wiedziała, że wstaniemy tak wcześnie. Wyszliśmy więc napić się kawy i pożegnać się z mieszkańcami domu, lecz zastaliśmy tylko dziewczynki. Babci zostawiliśmy liścik z napisanym w języku khmerskim (uwierzcie nam, alfabet khmerski do najprostszych nie należy).

33

Wracaliśmy pomału, aby obserwować budzącą się do życia Kambodżę. Powolną, nieco zaspaną. Krainę kontrastów. Miejsce, którego piękno odkrywa się stopniowo bo pod płaszczem brudnych i zakurzonych ulic znajduje się pełni kolorów zieleni ryżu i czerwonych ziem – Kambodża.

6