02 Maj '14

Bez dylematów, czyli nad morze przez góry

Kilka dni temu zaplanowaliśmy wypad motorkiem na północ, czyli nad morze przez góry. Plan był taki: pojechać, zgubić się i znaleźć coś ciekawego. No i udało się 🙂

Zaplanowana pobudka na godzinę 7:00, opóźniła się nieco, ale już o 9:00 siedzieliśmy na naszej niezawodnej (czasem) Hondzie. Kierunek – droga na Singaraje. Kilka skrzyżowań, zastanowienie się czy jechać w prawo czy w lewo. Ale już po godzinie dojeżdżamy do świątyni na jeziorze Danau Bratan – jak się okazuje jednej z najważniejszych świątyń na Bali.

3534

Żeby zaoszczędzić, zostawiamy skuter przy sklepie i nie wjeżdżamy na płatny parking. Następnie dowiadujemy się, że wejście na teren świątynny też jest płatny… koszt około dwa obiady 🙂 Dla nas to dużo, więc burza mózgów jak wejść za darmo. Najpierw padł pomysł, aby spróbować z grupą Japońskich turystów…

33

Jak się można było domyślać, pomysł nie wypalił. Ale, że my nie zniechęcamy się szybko to znaleźliśmy przejście w restauracji, którego nikt nie pilnował. Grzechem było by nie skorzystać z otwartej furtki. Po chwili byliśmy już w środku.

38_1 38

Nasz przystanek trwał około pół godziny. Rozprostowaliśmy kości i ruszyliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy miejscowości, w których mieszkańcy wdzięczni są nie tyle swoim boskim patronom, co owocom. W końcu to ich żywi 🙂

41 42

Jadąc cały czas serpentynami pod górę, zboczyliśmy z drogi na Singaraje i zobaczyliśmy znak – Ashram 3km. Postanowiliśmy zobaczy, co kryje się w tajemniczym miejscu. Droga prowadziła w dół i z popękanego asfaltu zaczęła przekształcać się w typową dla dżungli ścieżkę. Na części odcinka, nawet motocross mógłby mieć problem z jego pokonaniem. A my we dwoje, na nieco ponad 100cm3 skuterze dzielnie przedzieraliśmy się przez dziką puszczę (już myślimy o Dakarze:)) Po 20 minutach dotarliśmy do samotnie stojącego domu i świątyni. Niewiele się dowiedzieliśmy, o tym miejscu, ponieważ ludzie go zamieszkujący mówili jedynie po Indonezyjsku, a osoba, która prowadzi Ashram wyjechała (tyle byliśmy w stanie zrozumieć dzięki naszej znajomości Indonezyjskiego :)) Ale w tym miejscu czuć było silną energię…

394344

Pit-stop nie trwał długo i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej szukać przygód. Po ostrej wspinaczce z Ashramu wjechaliśmy na drogę asfaltową – co za ulga, jak zamiana ciasnych kamaszy na ciepłe kapcie 🙂 Krążąc tak po górskich szosach, trafiliśmy na drogowskaz, który prowadził do wodospadu. Nie było go na żadnej mapie i w przewodnikach, więc musieliśmy sprawdzić to miejsce. Ale i tu droga nie była lekka. Tym razem kilkunastometrowe urwiska, ze ścieżką na jeden skuter, gęsto porośnięta dżungla i myśl, że zaraz chapnie nas wąż 🙂 Było warto!

264525

Do wodospadu prowadziły schody z nich niezliczoną ilością stopni… schodząc czuliśmy, że jesteśmy blisko. Słychać było dźwięk uderzającej wody i dużą wilgotność. Kiedy zeszliśmy u podnóża wodospadu widok był oszałamiający.

2419172123

Widok wodospadu, natura,… no ale trzeba jakoś wrócić na górę. Schody okazały się tym razem mordercze, zwłaszcza przy 30-stopniowym upale. Przerwy robiliśmy co kilkanaście stopni m.in. na sprawdzaniu „czy to zielone to kawa” i przede wszystkim na motywowanie do wspinaczki 🙂

121346

Było już grubo po południu i zaczął doskwierać nam głód. Okazało się, że w pobliżu nie ma żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy coś zjeść. Nie pozostało nam nic innego jak wsiąść na motor i zjeżdżać w kierunku morza w poszukiwaniu jedzenia. Po kilku minutach znaleźliśmy piękne miejsce w górach z widokiem na morze… niestety nieczynne o czym przestrzegała nas Ganesha 🙂

27

Udało się… po pół godzinie trafiliśmy na wegetariański warung, w którym serwowano przepyszne jedzenie. Do tej pory nie wiem, co jedliśmy ale było to pyszne. Zdjęć nie wykonaliśmy bo myśleliśmy jedynie o napełnieniu żołądków, a po byliśmy w błogostanie 🙂

Teraz celem stała się kawa, ale w nietypowym miejscu. Może morze? 🙂 Po 15 minutach odbijając w jedną z małych dróżek ich oczom ukazało się morze… i kawa – najtańsza jaką piliśmy (i najsłodszą) za ok 50groszy 🙂

1415189

Brakowało nam jedynie głosu Marcina Kydryńskiego i jego siesty. Czas jakby stanął w miejscu, a na wodzie widać było jedynie kilku rybaków, którzy swobodnie dryfowali. Przesiedzieliśmy tak ponad godzinę, ale musieliśmy wracać bo do pokonania zostały nam… góry 🙂

47 49 51

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze kupić świeże owoce na targu… tutaj już wystartował sezon truskawkowy!

810116

Będąc na wysokości ponad 1000 m n.p.m. zaczęła kłębić się chmura i po chwili jechaliśmy serpentyną w totalnej mgle. Temperatura spadała o ok 10C (w czasie jazdy można to było mocno odczuć), a na domiar złego ściemniało się coraz szybciej. Na pomoc przyszły kapoczki, które zazwyczaj chronią  przed deszczem, ale tym razem ratowały nas przed zimnem i gorące smażone banany 🙂

314

W dwanaście godzin byliśmy w górach, nad morzem, jeziorem, rzeką i wodospadem. Na benzynę wydaliśmy ok 6zł, na jedzenie 10zł, a wrażenia pozostały bezcenne 😉