07 Mar '16

Ari Ari czyli Lotosowy Janek

Zaczniemy od końca… choć patrząc z perspektywy porodu lotosowego to był dopiero początek.

 

O godzinie 18:57 na świecie pojawił się nasz synek. Urodził się na moje ręce… w jednej chwili ogarnęło mnie tak silne uczucie miłości i szczęścia, że nie byłam w stanie pohamować swojej euforii! Wszystkim wyznałam swoją miłość, a Radek obejmował mnie mocno i płakał ze szczęścia. Janek był taki różowy, czysty, duży i bardzo spokojny, w ogóle nie płakał.  Tuliłam Go i nie wierzyłam, że to jest właśnie On! Że dałam radę Go urodzić i że nigdy przenigdy nie wypuszczę Go z rąk. Od razu dostałam do wypicia Yuenbaio i odetchnęłam z ulgą. W głowie pojawiła mi się myśl, ok teraz łożysko. Byliśmy w domu i chciałam, żeby łożysko urodziło się szybko i sprawnie. W myślach zaczęłam do niego mówić i po kilku minutach przy kolejnej dużej fali skurczy urodziło się na ręce Robin. Było naprawdę duże i zdrowe. Umieściliśmy je w plastikowej misce, która leżała obok mnie, blisko Janka. Tak zaczęła się nasza lotosowa przygoda. Robin zapytała czy chce zjeść swoje łożysko. Bez chwili namysłu odparłam, że oczywiście. Dostałam do zjedzenia, a bardziej do połknięcia trzy spore kawałki zamoczone w miodzie. Poczułam tylko miód i miękką konsystencję. To była najlepsza decyzja, którą podjęłam, bo pomimo trudnego porodu następnego dnia byłam jak nowo narodzona! Tak na prawdę nie zdążyłam jeszcze włączyć swojego logicznego myślenia, przecież jestem wegetarianką:) Kierowałam się swoją intuicją. Całą noc spędziliśmy razem starając się zregenerować siły.. choć emocje i hormony wzięły górę i nocy nie przespaliśmy. Następnego dnia umyliśmy nasze Ari Ari (po balijsku łożysko), osuszyliśmy je, włożyliśmy do bambusowego koszyczka na jednorazowy chłonny podkład, zasypaliśmy bardzo dużą ilością soli i rozmaryny. Tak, nasz dom przez następnych kilka dni pachniał tylko i wyłącznie rozmarynem! Teraz na naszych rękach musiał się zmieścić nie tylko Janek, ale i jego spirytualny brat bliźniak. Czasami nie było to łatwe, biorąc pod uwagę kondycję po porodzie i ogólne zmęczenie. Z dnia na dzień widzieliśmy jak pępowina robi się coraz bardziej sucha, cienka i ciemna. Zasychała od strony Janka w kierunku łożyska. Codziennie zmienialiśmy podkład, zasypialiśmy je solą i rozmarynem. Już czwartego dnia „wisiała na włosku” i musieliśmy być bardzo ostrożni, żeby jej nie oderwać. Nic by się nie stało gdybyśmy to zrobili, ale chcieliśmy zostawić to dla Janka. Byliśmy bardzo zaskoczeni, że pomimo ciepła i wilgotności tak szybko schnie. Janek nie miał na sobie żadnych ubranek przykrywaliśmy go tylko pieluchą tetrową. Po 4 dniach w nocy Janek pożegnał się ze swoim bratem i pępowina odpadła, a my zaśpiewaliśmy mu Sto lat! Przez te kilka dni Janek był niesamowicie spokojny i wyciszony. Jakby był w innym wszechświecie. Poród lotosowy był dla nas wielkim przeżyciem, było nam dziwnie (ale i fizycznie łatwiej), gdy łożysko się odłączyło… piękne doświadczenie! Po kilku dniach Radek zajął się ceremonią pożegnania łożyska, ale o tym w innym poście.

 

_1110125_1110123P1110104 P1110101 P1110088 _1110122P1110076 P1110212 P1110162